Cała wieś patrzyła, jak w wigilię Jan S. katował swoją rodzinę. Przejechał autem po głowie 12-latka.


42 lata temu w Wigilię Bożego Narodzenia, we wsi Zrębin koło Połańca, doszło do strasznej tragedii, która wstrząsnęła całą Polską. Dziś mało kto chce mówić o zbrodni, która wydarzyła się przed laty.

Mieszkańcy małej wsi nie mogli pójść pieszo zimą na pasterkę do Połańca. Zorganizowano dwa autobusy, które miały przetransportować ludzi do kościoła. W jednym z nich był Józef A. i Jan S., który przez wielu nazywany był królem Zrębina, a wszystko przez to, że był bogaty.

Niepisana zasada mówiła, że część grupy szła normalnie do kościoła na pasterkę, a reszta zostawała w autobusie i spożywała alkohol. Tamtego dnia wszyscy ludzie z jednego autokaru poszli do kościoła, a wszyscy z drugiego spożywali alkohol.

Pijany Jan S. postanowił się „zabawić”. Poprosił pewną dziewczynę, aby z kościoła wyciągnęła ciężarną 18-letnią Krystynę, jej 26-letniego męża Stanisława i 12-letniego brata kobiety Mieczysława. Ich kuzynka, która miała za zadanie wyciągnąć ich z kościoła, powiedziała, że ich ojciec zrobił w domu awanturę i muszą wracać.

Zaczęli pieszo iść do rodzinnej wioski. Jan S. nie wpuścił ich do autobusu, a do przebycia mieli kilka kilometrów. Grupa szła do Zrębina, a w międzyczasie spod kościoła ruszył Fiat 125p, aby zaopatrzyć się w wódkę. W środku siedział Jan S. i jego zięć Jerzy. Po chwili dołączyły do nich obydwa autobusy. Jednym kierował Józef A., a drugim Maciej W., który miał być zmuszony przez Jana S.

W końcu dogonili idącą rodzinę.


Kierujący fiatem z premedytacją potrącił 12-letniego Mietka. Za samochodem zatrzymały się autobusy. Krystyna i jej mąż pochylili się nad dzieckiem, a w tym czasie podbiegł do nich Józef A. i Jan S. Zaczęli bić 26-letniego Stanisława. W pewnym momencie złapali za metalowy klucz do kół i dobili go.

Krystyna zaczęła uciekać na pola. Krzyczała, aby nie robili jej krzywdy. „Wujku, nie zabijaj mnie. Wujku, zostaw chociaż mnie matce”. Te błagalne prośby jednak nic nie dały.

Józef i Jan dopadli 18-latkę. Również zabili ją kluczem. Henryk W. przyświecał im latarką, aby wiedzieli, jak się do tego zabrać. Gdy zauważyli, że kobieta nie oddycha, wrócili do Mietka, który miał złamaną nogę. Uznali, że użycie klucza do kół po raz kolejny będzie za nudne i postanowili, że przejadą mu po głowie samochodem.

Pamiętajmy, że w stojącym obok autobusie znajdowało się 30 osób, które chwilę wcześniej brały udział w pasterce. W środku siedzieli sąsiedzi ofiar i morderców. Podobno byli tacy, którzy próbowali reagować, ale skutecznie przeszkadzał im Stanisław K.. Drugi zięć Jana S. groził ludziom, że jeśli wysiądą, spotka ich dokładnie ten sam los.

Po morderstwie zwłoki włożono do pustego autobusu i ruszono nim w kierunku wsi. Nikt nie miał zamiaru przyznać się do zbrodni. Upozorowano więc wypadek. Ciało męża ciężarnej i jej 12-letniego brata ułożono w rowie, a Józef A. najechał na nie autobusem. Ciężarną 18-latkę rozebrali i położyli za autobusem, sugerując, że był to gwałt.

Grozili ludziom w autobusie, że pod żadnym pozorem nie mogą nikomu o tym powiedzieć, bo zginą tak jak te „dzieci”.

Kazali wszystkim klęknąć i przysiąc, że to, co stało się tamtej nocy, pozostanie tajemnicą. Agrafką przekłuwali palce, aby przy pomocy kropli krwi ludzie mogli podpisać się pod tym, co właśnie przysięgali, a na koniec każdy dostał do ucałowania krzyżyk. W międzyczasie zięć Jana pojechał po pieniądze do jego domu i zaczął rozdawać je ludziom za milczenie.

Milicja zjawiła się na miejscu około godziny 2. Misterny plan Jana S. nie wypalił. 14-letni przyjaciel Mietka, Stanisław S. wracał pieszo z pasterki i widział, jak mężczyźni pozorują wypadek.

Następnego dnia poszedł pod dom mordercy i zaczął krzyczeć: „Bandyto! Zabiłeś mi kolegę!”. Jan S. wpadł w panikę i próbował przekupić rodzinę chłopca, a następnie zastraszyć, podpalając im stodołę. Rodzice byli jednak nieugięci i poprosili syna, aby wszystko, co widział, powiedział przed sądem.

Trzeciego dnia sprawa ucichła, jakby nic się nie stało i nikt nie wie, kto jest winny tragedii. Przez pierwsze miesiące śledztwo było prowadzone pod kątem wypadku.


Sekcja zwłok została przeprowadzona przez lekarza, który nie posiadał uprawnień, a autobus trafił do kasacji. Zdzisława Kalita, matka 18-latki była przerażona tym, że ludzie milczą. Doszło przecież do brutalnego morderstwa.

– „Gdy dostałam te papiery, że to był wypadek, nie mogłam uwierzyć. Przecież mi autobus córki sam nie rozebrał. A na pogrzebie nosili [Jan i reszta] trumny z dziećmi. Nie mogliśmy tego tak zostawić. Co mąż zarobił, szło na adwokatów.”

W końcu zeznania 14-letniego Stanisława doprowadziły do zatrzymań.

Józef trafił do aresztu z zarzutem spowodowania wypadku. Jan s. po raz kolejny kazał mieszkańcom wsi przysięgać, tym razem pod ołtarzem Matki Boskiej. Czuł się tak pewnie, że do prokuratury wysyłał anonimowe listy z pogróżkami:

– „Matka zginie tak, jak zginęły jej dzieci, to było upomnieniem dla nich wszystkich, dla całej rodziny.”

Poza Stanisławem o sprawie władzom powiedział też Leszek B. Jakiś czas później „utopił się” w rzece. Leżał w wodzie do kostek.

Po pół roku w końcu zatrzymano morderców. W końcu sąd skazał Jana S., Józefa A., Jerzego S. i Stanisława K. na karę śmierci, a Henryka W. na 5 lat pozbawienia wolności. Po apelacji Sąd Najwyższy zamienił karę śmierci dla Jerzego S. i Stanisława K. na 25 lat pozbawienia wolności – żaden z nich nie odsiedział pełnej kary – wyszli po kilkunastu latach przedterminowo. Jan S. i Józef A. zostali straceni w 1982 roku.

Jaka jest Twoja reakcja?
Smutny Smutny
41
Smutny
Uwielbiam Uwielbiam
17
Uwielbiam
Śmieszny Śmieszny
81
Śmieszny
Nie lubię Nie lubię
28
Nie lubię
Szok Szok
84
Szok
WOW WOW
73
WOW
Niezłe Niezłe
21
Niezłe
Co to jest? Co to jest?
21
Co to jest?

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *

log in

reset password

Back to
log in